sobota, 23 grudnia 2006

WESOŁYCH ŚWIĄT

Powiedzmy, że pierwsza część treningów za mną. Prawie bo jeszcze do Nowego Roku będzie to tylko jeżdżenie. Od początku stycznia zacznę się już skupiać na konkretnej pracy. Trenuję regularnie od 7 grudnia i w ciągu kolejnych dwóch tygodni przejechałem blisko 1300 kilometrów jeżdżąc praktycznie co dzień z "Petą" i kilkoma jego kolegami z Milramu. "Leo" był kilka razy w Toskanii to też się pojawił na treningu. Oprócz tego są jeszcze Mariusz Wiesiak i Michał Gołaś, którzy również zrobili sobie zgrupowania w Italii. Ja jeździłem raczej bez wychylania się czyli w kołach.

Jeżdżąc zaś któregoś dnia na MTB odkryłem w lesie wąski, asfaltowy i cholernie sztywny podjazd. Zjechałem na dół i znalazłem połączenie z normalnie uczęszczanymi drogami. To najsztywniejszy podjazd z dotychczas mi znanych w tej okolicy. Myślę, że wejdzie na stałe do planu treningowego. Tym bardziej, że nawet Damiano jak z nim ostatnio rozmawiałem mówił żebym co jakiś czas pojechał sztywny podjazd (to akurat zawsze robię) bo Zoncolan jest trudny do opisania i tak sztywny, że Cunego uważa, iż jest tam 8-9 kilometrów takich jak w najcięższym momencie znanego nam obu bardzo dobrze San Pellegrino in Alpe, gdzie momentami jest 16-18%. Zobaczymy jak to z tym Zoncolan będzie.

Cieszę się, że w Polsce mamy ładną pogodę. Brak śniegu i mrozu. Można jeździć. Zaraz po Świętach napiszę o swoim planie startów i przemyśleniach na ten temat. WESOŁYCH ŚWIĄT życzę wszystkim kibicom kolarstwa, osobom które mi kibicują i wspierają w mojej pasji i pracy jaką jest kolarstwo. Ze swojej strony w Nowym Roku dołożę wszelkich starań aby dostarczyć Wam wszystkim jeszcze więcej emocji i powodów do radości.

sobota, 2 grudnia 2006

Giro d'Italia

Nawet jeśli nie znam wszystkich podjazdów to w myślach oglądając etap po etapie, górę po górze, przemierzałem przełęcze. Widziałem się na premiach górskich i poszczególnych szczytach. Nie spodziewałem się, że będzie inaczej. Podoba mi się. Trzeba przejrzeć je kilka razy, przespać się z tym i za parę dni znów wrócić do trasy.

Gór nie za wiele ale i znów nie tak ciężkie te podjazdy. Wbrew mojemu pierwszemu odczuciu, gdzie myślałem że (jak zawsze) jest więcej podjazdów sztywniejszych. Tak przecież pierwsze dwie mety pod górę Montevergine i Santuario della Nostra Signora Guardia nie są podjazdami ciężkimi. Dalej etap we Francji - klasyka, coś pięknego z Izoard w końcowce czy późniejsza czasówka pod gorę do Oropy to też podjazdy które mi świetnie pasują. Problematycznym może być "il tappone" (etap królewski) z Trento do Tre Cime Lavaredo oraz Monte Zoncolan ale to już krótkie sztywne odcinki. Mało czasówek, ale jest jazda druzynowa na czas. Mam po co trenować. Dziś kolejna przejażdżka z "Leo" . Jutro pojadę już z grupą "Pety", ale tylko powiedzieć "cześć" bo on już od blisko miesiąca trenuje i pedałuje w całkiem innym rytmie.

Zapomniałem wspomnieć, że w czasie mojego pobytu w Polsce odwiedziłem serdecznego przyjaciela po fachu Darka Baranowskiego dzieląc poza rowerem również inną pasję hobby. Zrobiliśmy Depeche Party - działo się, oj działo. Impreza skończyła się prawie o świcie jak dobre wesele. Mam szczerą nadzieję, że będę mógł jeszcze pedałować w profesjonalnym peletonie razem z "Rybą".

wtorek, 28 listopada 2006

Cóż i już po wakacjach

Najintensywniejszych na jakie mogłem sobie pozwolić. Samochodem w niecały miesiąc zrobiłem blisko 5000 kilometrów. Samolot pilotowałem w sumie przez kilkanaście godzin, a rowerem przejechałem tylko 120km! Dziś wyjechałem góralem, głównie po lesie, słabe 3 godziny. Znów czuję tą przyjemność z jazdy na rowerze. Piękna i niesamowita sprawa po raz kolejny odkrywać rower. Jutro jadę juz do Italii a tam już zacznę na całego, siłownia, góral, szosa. Trening regularny i codzienny.

To co napisałem zeszłym razem o ambicjach skończenia Giro "w dychu" jest mało ambitne! Nie powiem nic więcej. Wiem, że stać mnie na więcej i do Giro nie będę się już na ten temat rozpisywać. Liczą się czyny a nie słowa. Po sobotniej prezentacji napiszę więcej, sam jestem jej ciekawy. Czuje dużo większą determinację i pewność siebie. A swoja drogą, mój instruktor pilotażu powiedział, że latanie samodzielne dodaje pewności siebie! Cos w tym jest.

Obraziłem się na "Leo". Parę dni temu rozmawialiśmy przez telefon i w pewnym momencie wypalił "Nie wiem czy ci mówiłem, ale ożeniłem się?!" Che? Jak to ja nic o tym nie wiem? Mamo! To tak się traktuje przyjaciół? A on mi na to "Byłeś w Polsce i w ogóle nikomu nie mówiliśmy". Ta bałeś się paparazzich czy co? - odrzekłem. Powiedziałem mu, że jak już chodziło o ten obiad to bym sam go za siebie opłacił. On zaś na to, że go przejrzałem! Dziś rano pisał czy już mi przeszło.

Pośmiejemy się? Jest taka reklama w radiu: "setki tysięcy Polaków wybrało i w tym miejscu pada nazwa preparatu, który dodaje witalności i opóźnia czynniki starzenia. Preparat ten jest z zawartością DHEA. Ludzie to w takim razie setki tysięcy Polaków wybrało DOPING. Jak ja dałbym się namówić tej reklamie i znanej prezenterce telewizyjnej to ryzykowałbym przerwę w pracy i to dwuletnią! A jakby się ktoś zapytał kto tu jest szefem mojej siatki dopingowej to na kogo miałbym wskazać? Nie wiem jak to dalej będzie, co DNA itd. Mam nadzieje że nic takiego nie przejdzie. Za słowami Bettiniego powtórzę, że takie próbki pobiera się chyba tylko seryjnym mordercom. A ja uważam, że jeśli nawet to powinny być wprowadzone w każdym sporcie czyli: piłka nożna, tenis, pływanie, Formuła 1 i inne! A nie tak jak mamy dotychczas gdy piłkarze mówią "nie chcemy badań krwi i basta!". Coś tu trzeba zmienić.

wtorek, 31 października 2006

Trochę czasu minęło od Japonii

Na rower nie wsiadłem od tego czasu i nie zamierzam tego robić przez najbliższe trzy tygodnie. Cholernie się cieszę, że mamy kolejnego Polaka w Pro Tourze. Ma potencjał i szanse na to żeby być dobrym kolarzem. Promocja w pełni zasłużona. Trochę śmiesznie to wyszło, ale cieszę się że jest nas więcej. Śmiesznie bo do tej ekipy zacząłem najpierw polecać kogoś innego, a potem wyszło na kogo wyszło. Nie piszę jeszcze nazwisk bo nie wiem czy oficjalnie ktoś coś już gdzieś napisał.

Uwielbiam taką pogodę za oknem jak teraz czyli deszczowo, pochmurno, około 10 stopni ... a ja nie muszę na rower wyjeżdżać. Jak nadmieniłem, rozmawiałem z "Martino" i powiedziałem mu że jak będzie układać plany startowe to ja chce i myślę tylko o jednym wyścigu: Tour de France! A on mi na to, że jak mam jechać na TdF i jak już mam się przygotować na 100% i być w szczycie formy na Giro bo w przyszłym roku musimy go wygrać. A po Giro mówi dalej, że nie ma sensu jechać do Francji i tu się z nim zgodzę. Później mogę sobie pojechać, przygotować się na Vueltę i tam walczyć. Dopiero jak za dwa lata Damiano pojedzie tylko TdF to ja się też będę miał szykować tylko na Tour i wtedy Giro nie pojadę. Cóż c'est la vie. W takim razie skończę w "10" najbliższe Giro.

Czyli program startowy jak w tym roku, praktycznie identyczny. Nie chcę tylko ścigać się w niepotrzebnych wyścigach. Do dziś mój trener jest wkurzony że wysłali mnie na Dauphine, bo się jeszcze bardziej dobiłem i miałem mniej czasu potem na spokojne przygotowywanie się do Vuelty. Jak by nie było, po raz kolejny miałem najwięcej wyścigów z ekipy. W sumie 93 starty i dla własnej satysfakcji wszystkie ukończone. Wierzyłem w miły akcent na ostatnim wyścigu ale mogę poczekać do następnego sezonu wyznaczając sobie poważniejsze cele. Wiem, że będzie dobrze. Najważniejsze by teraz dobrze odpocząć, fizycznie ale również i psychicznie. Głowa musi odpocząć. Dziękuje po raz kolejny wszystkim kibicom oraz miłośnikom tego sportu, kolarstwa na najwyższym poziomie za wsparcie i doping w trakcie całego, długiego i ciężkiego sezonu.

foto: TomAsz forums.rowery.org

sobota, 21 października 2006

Prawie mi się chce płakać

Nieskromnie powiem, że sobie zasłużyłem aby wygrać. Było mnie na to stać i do końca walczyłem. "C`est la vie" - poczekam. Ciężki wyścig, duże tempo od początku czyli ogień i ataki już na 60 kilometrów przed metą. Na ostatnim podjeździe zaatakował Devolder, a na kole został mu tylko Ricco i ja, Poprawiłem mu i oderwałem się z Ricco i tak było na szczycie. Kawałek za nami Devolder zaś dalej Gusiew i Marzoli, którzy doszli nas pod koniec zjazdu. Skoczyłem z naszej piątki i już smakowałem solowe zwycięstwo jak mnie skasował Devolder na 3 km przed metą. Żeby był spokój poprawiłem chłopakom i chwilę później doskoczył do mnie Gusiew. Było o'k, bo ciągnął tylko on. Ja zmian nie dawałem bo oczywiście z tyłu był szybki Marzoli. Tylko, że właśnie "Marzo" nas skasował na 1200 metrów przed metą! Dla mnie wyścig w tym momencie się skończył. Ciągnąłem odtąd do 170 metrów przed metą gdzie zaczął się sprint dość pewnie wygrany przez Ricco. Drugi był Marzoli, potem Gusiew, Devolder i ja.

Można polemizować czy Ruggero powinien mnie skasować czy nie bo jeśli by, a tak się zanosiło Gusiew ciągnął dwa ostatnie kilometry to miałbym szanse walczyć z nim na finiszu. Jak już to powinien to skasować nas Ricco w końcu z przodu był kolarz Lampre i Discovery, zaś z tyłu Lampre, Discovery i Saunie Duval właśnie. No cóż ... mniejsza o to, teraz wakacje. Udany sezon, ale mógł być lepszy tzn. lepiej skończony.

piątek, 20 października 2006

Pierwszy raz w życiu będę startować z numerem 1 na plecach

To zasługa Damiano ale miło mi, że ten numer właśnie mi został przyznany. Faworyci ci sami o których już pisałem czyli: Riccardo Ricco, Stijn Devolder, Wladimir Gusiew i Manuele Mori. Do tego doszedł jeszcze Xabier Florencio. U mnie wszystko w porządku. Czuje się dobrze, pogoda sprzyja, a ziemia się nie trzęsie.

wtorek, 17 października 2006

Giro di Lombardia

Gdyby nie zeszłoroczny upadek na 60 kilometrów przed metą to pewnie byłby jedyny wyścig, który zawsze ukończyłem. Tak czy inaczej do końca sezonu pozostał mi jeden start. Mam w tym roku ponad 90 wyścigów i wszystkie ukończone. Mała satysfakcja dojechać zawsze do mety na wyścigach jakby nie było przeważnie ciężkich. W sobotę nie czułem się najlepiej, a do tego cały czas przekonywałem się że już nogą nie kręcę po tym jak się czułem dwa dni wcześniej na Giro del Piemonte. Fakt, że czuję już zmęczenie i potrzebę odpoczynku, ale myślę ze mogłem tyci lepiej pojechać.

Zacząłem podjazd pod Ghisallo bardziej z przodu, ale od razu czułem że nie idzie, chwilę próbowałem się "zagiąć" i spasowałem. Jednak po pierwszym najtrudniejszym kilometrze złapałem rytm i zacząłem przechodzić poszczególne grupki dochodząc na szczycie do drugiej grupki liczącej około 15 kolarzy jadących tuż za najlepszymi, których już nie doścignęliśmy. Do nas potem doszło jeszcze wielu innych. Ja zaś wciągnąłem dość mocno San Fermo, potem cały zjazd i rozprowadziłem Marzoliego zostawiając go na 300 metrów do mety. On zaś wygrał finisz o 11 miejsce. Ja bym nie powalczył tak więc czemu nie pomóc koledze z ekipy, który może finisz wygrać nawet jeśli nie o miejsce w "10". W sumie więc poszło nie najgorzej. Miałem tylko dziesięciu przede mną i potem już moja grupa.

Dzień później jechałem dwie czasówki - jedną parami, a drugą drużynowa w układzie trzech amatorów i zawodowiec czyli zabawa. Jutro lecę do Japonii. Myślę, że będzie trudniej niż się spodziewałem. Kolarze tacy jak Ricco, Mori czy Gusiew to wymagający i bardzo odpowiedni na tamtą rundę przeciwnicy. Rozmawiałem już z "Martino" o przyszłorocznym programie, ale o tym napisze po Japan Cup w przyszłym tygodniu.

wtorek, 10 października 2006

Tak to jest na koniec sezonu gdy w ekipie kolarzy brakuje

Mistrzowie na wakacjach siedzą, a kto tylko wykazuje trochę chęci do jazdy to musi się ścigać! Nici z wolnego tygodnia, jadę w Giro del Piemonte i potem Lombardię! Bez komentarza, bo i ja czuje, że lepiej by mi zrobiła mała przerwa od roweru.

sobota, 7 października 2006

Sabatini w czwartek, dziś Emilia

W czwartek wyścig chciałem po prostu przejechać i tak było. Ostatnią rundę spokojnie przejechałem z Bennatim bo odpuścił pod ostatni podjazd. Jechaliśmy na niego, ale korby mu odbiły na koniec. Dziś liczyłem na to że pojadę dobrze. Zależało mi cholernie, ale musze się pogodzić z tym, że już mi ciężko idzie. Zauważyłem, że trudno mi się już zregenerować. Dwa dni temu rano ważyłem tylko 56 kilogramów podczas gdy przez całą Vueltę miałem 60-61 kg czyli moją wagę optymalną. To oznacza, że obecnie organizm coś musi sobie podjadać z mięśni itp.

Wyścig kończył się na rundach z ciężkim podjazdem. Pogoda brzydka bo cały czas kropiło stąd niebezpieczne zjazdy i upadki. Pod górę jadę dobrze do czasu gdy nie ma odcinka sztywnego np. 14-16% jak dziś miejscami na finałowych rundach. Wtedy zaczyna się problem, bo brakuje mi siły. Nie idzie miękko kręcić, a sił żeby wstać w pedały już też nie ma. Jutrzejszy wyścig raczej dla sprinterów. Potem zostanie mi tylko Lombardia i Japan Cup. Odpuszczę Giro del Piemonte bo muszę odpocząć.

poniedziałek, 2 października 2006

Po dwóch tygodniach znowu kask założyłem

Jak przypuszczałem to był całkiem prosty wyścig do interpretacji. Wystarczy jechać, jeść, pić, sił nie tracić i w końcówce sobie pojechać. Wyścig z selekcją naturalną. Ja czułem właśnie, że na ostatniej rundzie nie będzie mnie stać na walkę o czołowe pozycje i dlatego zdecydowałem się uprzedzić końcowe ataki. Tak łatwiej, liczyłem na to że w odjeździe pojedziemy trochę dłużej i najdzie nas już mniejsza grupka. Niestety skasowali nas na początku ostatniej rundy i to wciąż jako dość spora grupa. Sił więcej nie miałem. To był trening dobry i potrzebny. Przejechałem cały, ale nogi czułem twarde i nie kręcące jak trzeba przez cały dzień. Ważne jednak że nie było zimno jak rok temu.

Pogratulowałem Bettiniemu zwycięstwa w Mistrzostwach Świata i porozmawialiśmy chwilę. Mamy wspólną pasję o której nie wspominałem czyli latanie. On również robi licencję pilota tyle że na ultra-lightach. Zaczął mi opowiadać jak w zeszły piątek skorzystał z zaproszenia teamu pilotów akrobacyjnych z Red Bulla. Sam latał z głównodowodzącym i nauczył się kilka prostych akrobacji jak np. beczka. Latał na Sukhoi i zachwycał się co to za samolot. To tak poza kolarstwem o aktualnym mistrzu świata.

Sam wyścig zdecydowanie wygrał Samuel Sanchez, który było widać, że miał super kondycje już na niedzielnym wyścigu o Mistrzostwo Świata. My z założenia jechaliśmy na Allesandro Ballana, ale odcięło mu prąd na ostatniej rundzie. Ścigam się w najbliższy czwartek, sobotę i niedzielę koncentrując się najbardziej na sobotniej Giro dell'Emilia.

środa, 27 września 2006

Mogę to już powiedzieć oficjalnie

...przedwczoraj przedłużyłem kontrakt na kolejny rok z Lampre. Myśę że nie ma co komentować ostatnich wypowiedzi prezesa PZKol'u w "Przeglądzie Sportowym" prawda? Większość internautów i tak już to na forum zrobiła i ja się z nimi całkowicie zgadzam ... jak i oni ze mną. Tyle tylko, że Prezes wciąż nie rozumie że od wielu lat dowodzi tym tonącym statkiem. Nie udzielam nikomu rad, mówię tylko to co widzą wszyscy inni, ci którym zależy na polskim kolarstwie. Wyjaśniać że Mistrzostwa Polski nie mają nic wspólnego z przygotowaniami do poszczególnych wyścigów w sezonie, w tym z ewentualnym startem i formą na Mistrzostwach Świata też już nie będę. Każdy wie, że ma się to jak przysłowiowy piernik do wiatraka.

Całkowicie rozumiem też kolegów, którzy startowali w Mistrzostwach. Istotnie nie jeżdżąc wyścigów na najwyższym poziomie tzn. z najlepszymi kolarzami w imprezach z byłego Pucharu Świata ciężko jest potem nawiązać walkę na dłuższym dystansie i znieść zmianę rytmu po 200 kilometrach w momencie gdy inni przyśpieszają. Sam na niektórych takich wyścigach do dziś dnia cierpię dystans klasyku jako, że jeżdżę praktycznie same etapówki gdzie wyścig jest rozgrywany całkiem inaczej. Przez pierwsze trzy lata zawodowstwa po dwusetnym kilometrze czułem się wręcz jakby mi ktoś wtyczkę wyciągał, prąd odcinał i koniec był z jazdy. Mistrzostwa Świata i klasyki są wyścigami bardzo specyficznymi, po prostu dla specjalistów.

W niedziele startuje w Zurychu. Ciężki wyścig, selekcja można powiedzieć naturalna. Czuje się dobrze chociaż niemały problem sprawia mi już przejechanie jak w ostatnich dniach 5-6 godzin po górach. Trenowałem głównie na mniejszych, krótszych podjazdach biorąc pod uwagę, że takie właśnie znajdę na najbliższych wyścigach. W zeszłym roku chociaż czułem się bardzo dobrze po Vuelcie to nie skończyłem z jednego lub drugiego powodu żadnego z ostatnich wyścigów. W tym roku mam nadzieje że będzie inaczej. Wyścigi ważne a zdecydowaną różnicę może na nich robić głowa, podejście i wola walki której wielu już będzie brakować w październiku.

sobota, 16 września 2006

Chwila refleksji

Czasówka w tym roku wygląda że znów jest moim najsłabszym punktem. Cóż sam nie wiem - płakałem już swemu trenerowi że nie kręcę w ogóle, że musimy dużo nad nią popracować w przyszłym roku. Poprzednia czasówka - po głębszej analizie - mogę powiedzieć, że poszła mi bardzo kiepsko. Dziś też bez rewelacji. Jak mogłem się spodziewać "Leo" zagiął się w trupa, bo juz godzinę przed startem siedział na rolkach i się rozgrzewał. Ciężki to był odcinek. Starałem się dać z siebie wszystko, ale pomiędzy najlepszymi a moimi możliwościami jest przepaść. Chapeau przed Vino, Ma klasę, wolę walki i ambicje które u niego od lat podziwiam. Uważałem go zawsze za przykład kolarza najlepiej się ścigającego.

Po etapie czułem się bardzo źle: dreszcze, zimno i po dojechaniu do hotelu miałem 39,4 stopnia gorączki. Teraz jest już o'k. Jakiś wirus najpewniej bo podobne objawy miał Carrara, który nawet nie wystartował, zaś po etapie Pietrow i Enrico Franzoi również mieli ponad 39 gorączki i nawet wymiotowali. Z nimi jeszcze nie najlepiej ale mam nadzieje że się do jutra pozbierają. Mam mały niedosyt co tu ukrywać. Po górach było super, jedno co sobie zarzucam to że nie spróbowałem zaatakować, uprzedzić innych na Sierra Pandera. Wyczułem nawet moment, ale odwagi zabrakło. A może raczej była to sucha kalkulacja czyli za duży przeciwny wiatr i nie chciałem podciąć sobie nogi zbyt daleko od mety.

Mistrzostwa Świata. Nie jadę jak pewnie wiecie wszyscy doskonale. Dwa powody. Trasa nie za bardzo pode mnie jak juz pisałem na początku Vuelty po rozmowie z Bettinim. Hiszpanom to nie przeszkadza, bo widziałem że jedzie Sastre, a pewnie również Beltran. Trasa nie pode mnie i w najlepszym przypadku mógłbym ją tylko przejechać. Druga sprawa że nie podoba mi się selekcja w PZK-olu. Z tego co zrozumiałem po rozmowie z selekcjonerem kadry tylko on mnie ewentualnie widzi w składzie. Nikt więcej w Związku. A to dlatego, że się kiedyś gdzieś tam wycofałem(na Igrzyskach Olimpijskich oczywiście). Panowie i co z tego? Czyli jakbym pojechał do Salzburga i źle się czuł, wycofując się to by znaczyło, że o kadrze mogę już na zawsze zapomnieć?!

W zeszłym roku "dałem ciała" na Giro ale przy układaniu programów na ten rok już zimą "Martino" tylko się mnie zapytał - jedziesz Giro czy nie? Bez wyciągania niczego z przeszłości. A my przecież jedziemy Giro żeby wygrać. Za każdym razem przy selekcji na Mistrzostwa Świata wydaje mi się, że jesteśmy przynajmniej kadrą Włoch czy Hiszpanii i jedziemy tam żeby rozpędzić towarzystwo. O zmęczeniu po Vuelcie nie mówmy bo cały skład Hiszpanii przecież przejechał tą Vueltę. Słuchając czasem ludzi podejmujących decyzje w Związku odnoszę wrażenie że znają się na tym sporcie jak ja na łowieniu ryb czyli potrzebna wędka i basta? Albo że robią na złość i nie zależy im na tym sporcie w ogóle. Tymczasem ja go kocham. To jest moja pasja, chcę i życzę wszystkim kolarzom w Polsce aby tacy ludzie z pasja i ambicją nami kierowali. Basta.

Chwila refleksji. Powiedział do mnie wczoraj Alessandro Spezialetti: "zastanawiam się jak możesz nie wygrywać z taką nogą! Gdybym miał twoją nogę to bym ich poustawiał wszystkich!" Coś pewnie w tym jest, cos na pewno. Popracujemy i nad tym. Tymczasem dzięki wielkie wszystkim za kibicowanie. Czekają mnie jeszcze ostatnie wyścigi, na których szczególnie mi zależy czyli Zuri Metzgete, Giro dell'Emilia i Lombardia. Być może na sam koniec Japan Cup.

piątek, 15 września 2006

W ten sposób mamy prawie cala Vueltę za plecami

... a dopiero co się zaczęła. Wczoraj co najważniejsze było o'k. Powiem nawet że jestem najbardziej zadowolony jestem właśnie z tego etapu. Było trochę nerwówki przez wiatr w trakcie etapu, ale ciągnęło Illles Balears i nie było większych problemów. Ostatni podjazd wziąłem z samego czuba co nie często mi się udaje i przez kilka kilometrów byłem wśród najlepszych. Noga była silna, kręciła się jak należy. Małe problemy miałem jak zawsze przy skokach, ale taka moja charakterystyka. Fakt, że po ataku "Wino" nie doszedłem już do grupki Valverde i Leo Piepoliego. Strata przyzwoita, wręcz mała i miejsce jak zawsze trzynaste. Na trzech metach z finiszami pod górę byłem 13 (Morredero, Calar Alto i Pandera), raz 12 (Cobertoria) i raz poza 20-tką (Covatilla).

Dziś na szczęście obyło się bez większych atrakcji na trasie mimo silnego wiatru. W końcówce CSC próbowało coś wymyślić ale sami chyba nie do końca wiedzieli co i po co robią. Tak lepiej. Jutro czasówka. Pojadę na maxa, żeby przejść "Leo" w generalce o co nie będzie łatwo mimo że się zastrzega, iż nie będzie się zaginął. Hmm chciałbym to widzieć, przecież on wie że całe życie będę mu wypominał, że gorzej ode mnie Vueltę skończył.

środa, 13 września 2006

Parę dni nie pisałem

... ale to były stricte techniczne problemy. Wczoraj było o'k. Z początku podjazdu ciężko, a potem wciąż lepiej. Ucieszył mnie też deszcz. Na mecie mała strata do najlepszych.

Dziś już było gorzej. Podjazd którego najbardziej się bałem, a do tego kolejny parny dzień. Pot lał się ze mnie ciurkiem i myślę, że aż za bardzo. Przed ostatnim podjazdem czułem się bardzo słabo. Z pomocą Pietrowa i walcząc z własnymi słabościami jakoś się wybroniłem. Dziś było mi naprawdę ciężko. Właściwie zostaje nam teraz tylko jutrzejszy etap. O pierwszej "10" już nie myślę. Nie czytam komunikatów, ale wiem że strata jest już dosyć duża. Będę się starał pojechać jutro tak jak jechałem dotychczas.

sobota, 9 września 2006

Miałem nadzieję, że pojadę tyci lepiej

Możemy powiedzieć, że i ta środkowa część wyścigu za nami. Miałem nadzieję, że pojadę tyci lepiej, ale koniec końców spisałem się na swoim poziomie czyli 1 minuta straty na 10 kilometrach. Nie czułem się źle, ale pojechałem bardzo słabo pierwsze 7 km. Nie szło mi kompletnie. Całe szczęście że potem puściło i nogi zaczęły się kręcić. Generalka dosyć ciasna, Vuelta bardzo wyrównana, a przez to i ciekawsza. Jutro 180 kilometrów wyglądające na niezbyt ciężkie. Potem przelot na południe Hiszpanii i dzień odpoczynku. Dla mnie moglibyśmy iść ciągiem. Jestem spokojny, ale chciałbym już gór, przekonać się, czy noga wciąż jest taka jak była ... czy silniejsza.

Dwa dni temu powiedziałem przy kolacji, że czasówkę wygra David Millar. Koledzy z ekipy mnie wyśmiali. Jewgienij Pietrow stawiał na Wladimira Karpieca. Założyliśmy się o 5 Euro. Wygrałem!

piątek, 8 września 2006

Muszę mieć swój dzień tak na góry jak i zjazdy

Dziś zgubiłem się na 5 km przed metą, po kilku zakrętach przy których trzeba było rozkręcać tempo, bo z przodu "szedł ogień". Tak już ze mną jest, że dla mnie "góry" zaczynają się zazwyczaj po premii górskiej. Nienawidzę dojeżdzać do mety ze świadomością, iż stać mnie było na więcej i tylko jakiś głupi moment nieuwagi lub niezdarności spowodował, że straciłem coś na co się wcześniej długo i ciężko pracowało. E va be, jak właśnie napisał Leo - teraz spokój, a rozliczenie zrobimy w Madrycie.

Piszę to wszystko spokojnie, ale tak do końca spokojny nie jestem. Przez ostatnie trzy dni szło mi wyjątkowo ciężko, ale dziś pod górę było już super. Wierzę, że stać mnie jutro na super czasówkę. "Leo" się dziwi jak to jest, że latam sam samolotami, jeżdżę szybko jak trzeba samochodem, a z góry rowerem nie zjeżdżam. Nie czuję jednak tego roweru, lekkiego i karbonowego na szytkach 21 mm. Wygląda mi to tak jakbym jeździł na łyżwach, a przyzwyczajony jestem do opon 23 mm na treningowych kołach. Niestety Vittoria nie robi 23 mm opon, ale od przyszłego roku na prośbę niektórych naszych kolarzy (w tym moją) zacznie!

Nie wyobrażałem sobie, żeby Sanchez nie wygrał etapu. Chociaż z drugiej strony liczyłem, że będzie walczyć o zwycięstwo w całej Vuelcie, jak zresztą sam odgrażał się na początku. To tyle, odpoczywam, możliwie najwięcej, szukam wewnętrznego spokoju i relaksu. Cieszę się, że "Benna" znów walczy na Tour de Pologne. To naprawdę bardzo w porządku kolega.

poniedziałek, 4 września 2006

Dziś mogę w spokoju napisać

... bo wczoraj byłem zmęczony i do tego późno dojechaliśmy do hotelu. Wiatrak od samego startu - wystarczy powiedzieć, że wielu kolarzy w tym nasz Napolitano strzelili od startu i nigdy nas nie doszli czyli mieli 210 km w "grupetto"! Ogólnie to nie czułem się źle chociaż nie byłem pewny czy dojadę z wystarczającym zapasem energii do ostatniego podjazdu. Myślę jednak że było super. Próbowałem uprzedzić ataki faworytów tak jak pisałem wcześniej, ale na moje nieszczęście Valverde miał jeszcze dużo pomocników m.in. David Arroyo i Xabier Zandio, którzy byli wcześniej w odjeździe.

Wieczorem napisał mi "Leo", że dobrze zrobiłem i tak mam właśnie jechać. Gdyby się trochę dłużej zastanawiali to by mnie potem czterech najlepszych doszło i po sprawie. Mniejsza strata, lepsze miejsce. A tak musiałem walczyć o jak najmniejszą stratę. Mały awans w "generalce", ale Vuelta jeszcze długa. Dwie czasówki a mam za plecami znakomitych czasowców typu Stijn Devolder, Tom Danielson czy Władimir Karpiec. Nie zapominajmy też, że zostały jeszcze trzy ciężkie etapy górskie, a to w górach wszystko się rozegra. Najważniejsze aby noga pozostała jaka jest. Jak tak będzie to i na kolejnych górskich etapach nie będę chciał czekać na końcówkę z najlepszymi ale ich uprzedzić. Jest nas dwóch z Lampre w "10" i nie musimy jechać zbyt asekuracyjnie. Ja zaś przy odrobinie sił wolę ryzykować. Według mnie Aleksander Winokurow nie powinien mieć problemów ze zwycięstwem końcowym. Jest naprawdę mocny.

Dziękuje wszystkim za kibicowanie i wiarę we mnie. Ja swoja droga zawsze staram się i będę jechać jak najlepiej. Dziś spokojna przejażdżka - 40km bo trzeba odpocząć i siły zregenerować.

piątek, 1 września 2006

Dobrze było, a nawet bardzo dobrze

W końcu czułem się o'k od samego początku. Żadnego dziwnego bólu nóg i problemów z oddychaniem czy tym podobnych rzeczy. W czasie etapu jak zawsze zresztą kiedy jest możliwość rozmawiałem z "Leo", który mówił mi: "taktyka dla ciebie jest wciąż ta sama, uprzedzić innych z atakiem pod górę". Tak też zrobiłem bo fakt, że tylko w ten sposób mam szanse zostać potem z najlepszymi. Za bardzo męczą mnie skoki, a równą jazdą mogę już ich nigdy nie dojść.

Dziś na szczęście podjazd zaczęliśmy spokojnie i potem znalazł się ktoś kto miał ochotę skoczyć. Ja sam nie mogłem tego zrobić bo David Loosli był z przodu. Dyrektor się na mnie trochę wkurzył bo widział, że miałem nogę żeby zostać do końca z przodu. Niestety w momencie skoku Ibana Mayo byłem praktycznie ostatni z grupki, która się w tym momencie porwała. Doszedłem ich jeszcze, ale zapłaciłem za ten wysiłek przy kolejnym przyśpieszeniu. Mój ewidentny błąd taktyczny, choć mała strata więc nie jest źle. Wierzę, że można tu powalczyć o więcej.

W niedzielę jak pisałem będzie ciężki etap. Na nim ponad 5000 metrów przewyższenia. Będzie co jechać. "Leo" mówił po etapie że ma problemy z oddychaniem. Może to być alergia, choć z drugiej strony to dla niego dziwne bo nigdy nie miał takich odczuć na Vuelcie. Ja sobie tylko życzę żebym się tak dalej czuł jak dziś. Pozdrawiam i dzięki za kibicowanie oraz wiarę we mnie.

środa, 30 sierpnia 2006

"Pierwsze koty za płoty"

...krótko mówiąc. Na to jak się dziś czułem to mało straciłem to pewne. Od początku Vuelty jakoś ciężko mi idzie, dziwny i niepotrzebny wciąż ból nóg i uczucie nogi bez siły. Dziś mam nadzieje, że się już trochę odblokowałem. Stać mnie na więcej to pewne. Dziś chciałem skoczyć, ale jak zawsze zmiana rytmu mnie dobiła - na 8 km do mety z tarczy 53 na przełożenie 39x23, a do tego mój stary koszmar z Giro czyli Inigo Cuesta, który zaczyna podjazdy jakby to był finisz - no cóż on się nie martwi bo jego praca kończy się po 2-3 kilometrach.

Tam straciłem 150-200 metrów i tak zostałem na 4 kilometry przed metą. Jest dobrze, ale mogło być lepiej i wierzę w poprawę. Vuelta jest długa i ciężka. Inna jak miałem nadzieję - nie ma "Liberty Airlines", którzy tylko ciągnąc równo robili "rzeźnie niewiniątek". Poza tym Kelme też swego czasu nikomu w twarz nie patrzyło. Nie ma zdecydowanie silnej drużyny która może wziąć na siebie ciężar wyścigu - na razie oczywiście. Z tego co mówią dookoła dziewiąty etap będzie jednym z najcięższych, ale wcześniej mamy kolejną metę pod górę. 

Jutro trzeba będzie uważać na wiatr, ale myślę że dojedzie odjazd. Ja swoją drogą nie będę odpuszczał, mam się skoncentrować na równej jeździe i tak będzie. Po pracy jaką wykonałem od czerwca nie mogę tak po prostu odpuścić i dać sobie spokój.

poniedziałek, 28 sierpnia 2006

Ale gorąco

..ledwo się kręci. Przynajmniej na szczęście te dwa etapy były spokojne. Trochę mniej spokojnie będzie zapewne jutro a już w środę pierwszy ciężki etap. Dwa lata temu Damiano nie dojechał nawet w pierwszej grupie do ostatniego podjazdu. Ja miałem wcześniej gumę. Znam ten etap jak i sam finałowy podjazd doskonale bo już go dwukrotnie jechałem. Ciężka góra, konkretny podjazd na tryb nawet 23-25 miejscami.

Wczoraj na etapie rozmawiałem trochę z Paolo Bettini i pytałem go o trasę Mistrzostw Świata bo wiem że był już ją zobaczyć. Z tego co mówi trasa sama w sobie nie jest ciężka, ale bardzo nerwowa, dla "klasykowców" czyli ludzi potrafiących cały czas "lizać koła", przepychać się i jeździć z przodu. O ile mówił, że w Madrycie do ostatniej rundy można było jechać z tyłu to tutaj wciąż trzeba będzie chodzić po czubie. W cięższym odcinku tzn. w drugiej połowie runda jest wąska tzn. max na 5 ludzi i do tego pokręcona.

Myślę, że niewielu mamy kolarzy, którzy mogliby pojechać dobrze na takiej trasie. Pewnie "Szczawik", a kto jeszcze? Sam zacząłem się zastanawiać. To opis Paolo, ale każdy wyścig ma swoją historię. On powinien się wycofać na cztery etapy przed końcem Vuelty. Mówił, że "generalki" nie musi jechać, a nawet że etapów też nie musi wygrywać ... a tu proszę od razu wygrał! Dziś mu mówię - "na szczęście nie musiałeś etapów wygrywać. A on mi na to odpowiada, że "same przychodzą, co ja na to mogę poradzić". A nic, nic, to może jeszcze powiedz przepraszam ;-) Swoją drogą życzyłem mu koszuli mistrza świata bo od lat jakoś mu ten wyścig ucieka. Jak sam przyznał ze gdyby wygrał to w Salzburgu to na konferencji prasowej mógłby powiedzieć, że kończy się ścigać bo co miał wygrać już wygrał. Ma rację. Ale tak jak jemu mam zamiar również kibicować i Alejandro Valverde. Tu na razie trzymam się cały czas z Illes Ballears bo jeżdżą zgrani, razem a to mi pomaga.

sobota, 26 sierpnia 2006

Ruszyliśmy

...NARESZCIE - bo jak pisałem już wszyscy się nudziliśmy. Nie było źle, co tu dużo mówić. Z naszą ekipą na wiele więcej nie mogliśmy liczyć. Może kilka sekund jeśli byśmy wystartowali zamiast na początku trochę później i uniknęli w ten sposób wiatru, którego potem wcale nie było. Ale to już bez większego znaczenia. Nasza jazda była równa, precyzyjna a tylko trochę wolniejsza niż innych. Zaskoczył mnie Milram, niespodzianki ze strony CSC nie było. Zasłużył sobie Sastre na tą koszulkę od początku wyścigu po sezonie jaki ma. Swój trzeci w tym roku Wielki Tour zaczyna od liderowania - chapeau! Jestem pełen podziwu.

Na kolejnych etapach liczymy na dobrą postawę Napolitano na finiszach, ze zwycięstwem włącznie bo wiadomo że stać go na to. Pietrow, Marzano i ja pojedziemy "w kołach", oszczędzając się możliwie najwięcej. I tak do 5 etapu najprawdopodobniej.

piątek, 25 sierpnia 2006

Coś mi się wydaje że od Portugali nie pisałem

Niemniej nie było za bardzo o czym. Wiem jedno - nie można tak ciężkiego i wymagającego wyścigu jakim jest Volta (rozgrywanego tylko po górach i w 40 stopniach Celcjusza oraz walcząc z ludźmi dla których jest to jedyny cel w sezonie) jechać bez wcześniejszego przetarcia na innym wyścigu. Nie wszystko można zrobić na treningu. Myślę, że tego trochę zabrakło, ale sam ów wyścig powinien być plusem patrząc pod kątem Vuelty, w której jutro wystartuje.

To będzie moja czwarta Vuelta, a w sumie już 9 Wielki Tour. Czas leci dla wszystkich. Nie mogę powiedzieć do końca jak się czuję. To drugi dzień jak jesteśmy w Maladze, siedzimy w hotelu i się "przymulamy". W domu trenowałem po Portugalii 3 razy tzn. w sobotę, niedzielę i we wtorek. Zawsze z "Leo" i Lorenzo Bernuccim. Lorenzo jest mocny, jeździł z nami po górach bez większych problemów a to w końcu "passista". Poprawiłem swoją "życiówkę" pod San Pellegrino in Alpe czyli podjazd pod który zawsze jeździmy przez Wielkimi Tourami. To pozytywny znak, bo oznacza że dobrze zregenerowałem się po Portugali.

Wczoraj i dziś mieliśmy 3-godzinny trening z jednym 8-kilometrowym podjazdem. Równo tzn. wszyscy razem. Właściwie "generalkę" powinien jechać Jewgienij Pietrow ale tak samo Marco Marzano jak i ja mamy wolną rękę i możemy pojechać swój wyścig - tym bardziej że już po 5 etapie będzie wszystko wiadomo kto jedzie "generalkę" a komu lepiej będzie się skupić na etapach. Pozostali są przewidziani do poszukiwania zwycięstwa etapowego w odjazdach lub na finiszu w przypadku Danilo Napolitano.

Ja jestem spokojny, żadnych problemów, kondycja powinna być i dobre odczucia już na piątym etapie. Wcześniej skupię się na tym żeby gdzieś się nie zgubić na wiatrach. "Martino" mówił mi przed wyścigiem żebym się zajął trochę młodymi - w sensie podtrzymywania ich koncentracji i psychiki w ciężkich momentach. To w końcu Vuelta i koniec sezonu - z ładnymi kobietami we wiosce startowej często nie jest łatwo myśleć o wyścigu i na nim tylko się koncentrować. To chyba rzeczywiście jestem już stary i fakt tylko Ruggero Marzoli jest ode mnie starszy w tej ekipie. Tak więc zobaczymy jak ta Vuelta będzie wyglądać, wielu uważa że będzie trochę inna tzn. lekko nie będzie, ale może bardziej wyrównana jeśli chodzi o poziom zawodników.

niedziela, 13 sierpnia 2006

Dwa słowa jeszcze do sympatyków

... kolarstwa z forum - tak dla wyjaśnienia podstaw. Nie czytam, czasem mi coś przytoczy tata, a czasem siostra, zaś ostatnie wypowiedzi czytała moja dziewczyna. Niektórzy z Was mają, że tak powiem niewłaściwe spojrzenie na ten sport. Nikt praktycznie kto podchodzi do kolarstwa poważnie nie pozostawia porażki bez dogłębnej analizy. Ja nie zamierzam robić tego do końca na forum publicznym.

Nawet "Leo" od wczoraj wysyła mi sms-y pytając o odczucia i próbując zrozumieć dlaczego tak mi poszło a nie inaczej. W końcu trenował ze mną ostatni miesiąc i wie jak kręciłem. Sam zresztą pojechał Deutschland Tour słabiej niż się spodziewał. Ja też zaliczam się do grona tych zawodników, którym zależy na optymalnym treningu. Wyjeżdżając każdego dnia na trening wiem po co jadę i co zamierzam zrobić, nie zostawiając nic przypadkowi. Kto mnie zna ten to wie.

I jeszcze jedno, nie wszyscy mają szczęście urodzić się z takim talentem jak Damiano Cunego czy Alejandro Valverde. Wiem gdzie moje miejsce i jaki mam motor. Na cuda nie liczę a tylko na dobrą pracę i błędy ze strony tych bardziej utalentowanych. Nie zapominajcie że ryzykowałem tu zwycięstwo etapowe, bo fakt że dojedzie ktoś z odjazdu to również oprócz nóg kwestia szczęścia.

W naszej ekipie spokój. Nikogo nie zawiodłem, nikt presji na mnie nie wywierał. Szanse dostałem bo kto ma jechać "generalkę" na wyścigu gdzie nie ma Damiano? Tak było na Romandii, mogłem swoje pojechać także na Dauphine i tak też będzie na Vuelcie. Później tylko noga zadecyduje czy pojadę "generalkę" czy też może skoncentruje się na etapach.

Woziwoda brzydko brzmi, a że mam mentalność "gregario" to prawda. Czasem to przeszkadza, ale również dzięki temu szósty rok jestem tu gdzie jestem i jeżdżę z kolarzami, którzy Wielkie Toury wygrywali i dlatego też po tegorocznej wiośnie miałem propozycje z czterech ekip z ProTouru. Nie jest łatwo przygotować dwa szczyty formy w ciągu tego samego sezonu.

To tyle. Zostaje jeszcze jeden etap jakby nie było. Ja już wierzę że znajdę zysk z tego startu w Portugalii za 10 dni w Hiszpanii. Dzięki wszystkim życzliwym i patrzącym trzeźwo i ze zrozumieniem na ten jakby nie było ciężki sport. Motywacji i woli walki o zwycięstwo mi nie zabraknie, o to się nie bójcie. Nigdy w życiu się nie poddałem i nie zadowalałem tym co osiągnąłem.

Dziś już spokojnie

... od strony psychicznej, bo na etapie szedł ogień od startu do samej mety. Odjechała pod górę czołowa "12" z klasyfikacji generalnej, zaś Maia cały etap ją goniła. Nie rozumiem tylko taktyki Liberty (LA Aluminios). Nie będę się nad nią rozwodzić, ale chodzi o to że lepiej im aby obcokrajowiec wygrał wyścig niżby mieli ryzykować że ten wyścig przegrają z kimś z ekipy Maia. Barbosa i tak tu nie wygra, ale nie tylko on ma możliwość powalczyć o zwycięstwo, a raczej miał! Na Austriaka (Christiana Pfannbergera) zwróciłem uwagę już parę dni temu. Mówiłem dyrektorowi, że ten zawodnik będzie niebezpieczny.

Zastanawiam się nad sobą, ale nie wiem na razie dlaczego poszło mi tak a nie inaczej. Wiem że przygotowałem się jak najlepiej mogłem, ale człowiek to nie samochód wyścigowy gdzie można wszystko przygotować tak jak chcemy. Na pewno rywale podcinają mi nogi na płaskim, przy dużym tempie przed górami. Jednak to nie wszystko. Problem że z dnia na dzień jak czułem się super tak przestałem kręcić - jakby wiadro z wodą opróżnił. Dziękuje wszystkim za kibicowanie, wsparcie i wiarę we mnie mimo wszystko. Stresująca praca. Będzie jeszcze dobrze, włożona praca w pole nie idzie!

sobota, 12 sierpnia 2006

Nie poszło!

Jednak najgorsze, że zawiodłem oprócz siebie wielu kibiców i ludzi, którzy we mnie wierzyli. Nie szukam przyczyn tego niepowodzenia. Takie już jest kolarstwo.

czwartek, 10 sierpnia 2006

Morale się poprawiło

.. ale to dziś miał być etap na którym chciałem zobaczyć jak noga się kręci. Dziś właśnie bo na 25 kilometrów przed metą był ciężki 4-kilometrowy podjazd. Rozmawiałem wcześniej z Barbosą i umówiliśmy się, że postaramy się zmniejszyć grupę, ale ja niestety nie miałem nikogo, zaś sami Portugalczycy skacząc jeden przez drugiego zadbali o to żeby grupka się zmniejszyła. Czułem się bardzo dobrze pod ostatni podjazd, wciąż w miarę spokojnie jadąc na końcu grupki, lecz będąc gotowy do ewentualnego przeskoku.

Na samym finiszu - wierzyłem w siebie. Na 500 metrów do mety krzyknąłem Marzoliemu (który doszedł nas na 8 km przed metą) żeby siadł mi na kolo, ale on wolał jechać koło Barbosy. Wygrałem pewnie, siłowo. Finisz był po kostce i lekko pod górkę, jakieś 2-3 %. To dobry znak przed górami, a i jak mi pisze "Leo" powinienem tym samym nabrać więcej zaufania do siebie. Piszę do mnie codziennie po etapie pytając jak poszło, jak się czułem. Od jutra będzie oglądać mój wyścig u kolegi. Dopinguje mnie jak zawsze, ale jak tylko trenujemy i widzimy się to mnie dręczy i dołuje.

Dzień jutrzejszy to odpoczynek. Dobrze mi zrobi, wiem to. Praca zrobiona przez pierwsze dni, rytm i hopki dadzą jeszcze lepszą nogę jak dam jej ten jeden dzień odpoczynku. To w teorii, a w praktyce jak będzie zobaczymy już w sobotę. Co za etap, znam go w całości, a przed laty wygrywał go już Zenon Jaskuła.

środa, 9 sierpnia 2006

Połowa wyścigu za nami

... i na razie bez większych problemów. Dziś czułem się najgorzej od początku wyścigu. Nogi się nie kręciły, były bardziej jakby zbite niż ubite. Tak je czułem, ale to mi się zdarza na wyścigach etapowych. Sama końcówka mnie trochę przerażała, bo krótkie sztywne podjazdy nie są moja mocną stroną nawet jak się czuję znakomicie. Myślę jednak że wybroniłem się bardzo dobrze ze stratą 11 sekund do Candido Barbosy. Zabrakło mi na ostatnich 200 metrach - ale jest o'key, tak może być. Porównuję się do Barbosy bo oczywiście w nim wszyscy upatrują głównego faworyta a i ja widzę, że kręci z dziecinną łatwością. Dodałbym jednak że ma wsparcie drużyny, bardzo mocnej w tym roku.

W odjeździe pojechało dziś dwóch Polaków. Ładnie i ambitnie jak na Huberta, a Jacek znów był trochę niezadowolony bo kolejny odjazd w który on poszedł, a ten dojeżdża do mety. Jak sam mówił jego zadaniem jest pokazywać koszulkę na etapach a robi to znakomicie. Do tego mi służy cały czas pomocą, co do zawodników, etapów, podjazdów czy samych końcówek lub niebezpiecznych fragmentów w trakcie poszczególnych etapów. Przyznam też, że pierwszy raz w pełni mogę powiedzieć, że mam całą drużynę dla siebie, cała gotowa do pracy. Na razie nie gonię ich zbytnio do ciągania, ale może już jutro popracują trochę pod górę. Zobaczymy jak się ułoży etap, ale z mniejszej grupki sądzę, że Ruggero Marzoli mógłby pomyśleć o zafiniszowaniu po zwycięstwo.

Cóż poza tym? Miałem mały upadek wczoraj na bufecie spowodowany przez mechanika który źle podał mi worek z jedzeniem i jeszcze dwukrotnie zmieniałem buty na dzisiejszym, piątym etapie co było spowodowane ułamaniem się progu pod butami. To wszystko drobiazgi, ale dekoncentrują czasem. Dziś już sam worka nie brałem, przywieźli mi koledzy.

poniedziałek, 7 sierpnia 2006

Dziś trasa bardzo pagórkowata

.. bez metra płaskiego i od startu przez prawie cały etap duże tempo i dużo ataków, do tego stała temperatura 43 stopnie. Spodziewałem się większej selekcji w końcówce ale tak się nie stało. Przyznam że dziś pierwszy dzień jak czułem się mogę to powiedzieć dobrze. Przyjechałem na metę spokojny, wręcz nie zmęczony. To dobry znak, byle to nie był jeden dzień. Ciężko mi też zrozumieć jak się czują inni bo większych gór i konkretnych ataków jeszcze nie było.

niedziela, 6 sierpnia 2006

Dwa etapy za mną

...i jest jak miało być tzn. bez strat czasowych i z nogą która lepiej zaczyna kręcić. Muszę przyznać ze nie czułem się najlepiej na pierwszym etapie ale dziś juz było trochę lepiej. Pierwszy etap był stresujący, bo to był mój pierwszy start po 2-miesięcznej przerwie i do tego z nerwowa końcówką. Dziś już dużo spokojniej chociaż jak prawie na każdym tu etapie trzeba się pilnować w końcówce.

Zaczęło się nieciekawie bo walizki doleciały nam z jednodniowym opóźnieniem, samoloty były też opóźnione tak że w hotelu byliśmy dopiero o trzeciej w nocy. Jeszcze gorzej mieli koledzy z Ceramica Flaminga, którym walizki przyleciały dopiero dziś rano przed drugim etapem. Kolejne etapy coraz cięższe. Jedziemy myśląc dzień po dniu. Wierzę, że ustawie, "zblokuje nogę" i po górach będzie się dobrze kręcić. Jest gorąco, bardzo gorąco.

wtorek, 1 sierpnia 2006

Noga o'k, chociaż zmęczona

O Tour de France może więcej na razie nie będę pisał. Bo i co? Niech tylko nikt dalej nie opowiada że kolarze to czarne owce w świecie sportu, bo jeśli jest problem to dotyczy on całego świata sportowego a nie tylko kolarstwa. To jedno jest pewne. Rozmawiałem dziś z Damiano i on sam jest również o tym przekonany. Właśnie od kilku dni Damiano trenuje czy powiem raczej, że bardziej wypoczywa tutaj w okolicy nad morzem z dzieckiem i towarzyszką życia. Razem jeździmy tylko na przejażdżki. On w czwartek startuje w GP di Camaiore, a ja lecę do Portugalii.

Noga o'k, chociaż zmęczona. Trenowałem pod koniec już na granicy zmęczenia, ale myślę że parę dni odpoczynku do wyścigu postawi mnie w pełni na nogi i włożony wysiłek przyniesie oczekiwane rezultaty. Mam taką nadzieje bo bardzo mi na tym zależy. Poza tym jestem tym który w naszej ekipie ma się zająć klasyfikacją generalną.

Podobnie będzie na Vuelcie bo rozmawiałem już z dyrektorem sportowym, który pojedzie na Vueltę i wstępne założenia są takie że "generalkę" mam spróbować pojechać razem z Marco Marzano, a pozostali mają polować na etapy. Marzano, który ostatnio skończył na drugim miejscu Brixia Tour przyjedzie też na Portugalię ale jak sam przyznał postara mi się tam pomóc w walce o końcowy wynik. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak zasuwać i mieć dużo szczęścia a nogę przynajmniej taka jak rok temu. Oby!

niedziela, 23 lipca 2006

Stare dzieje

Oczywiście patrząc na wczorajszą czasówkę całe moje wcześniejsze rozważania jeszcze bardziej dotyczą dyrektorów T-Mobile niż samego Riisa, bo to w końcu Kloden musi uwazać się największym przegranym tego wyścigu. Nie mam nic ani do Riisa ani do Landisa, chociaż przyznam że kiedyś podczas Vuelty przepychaliśmy się na łokcie i nawet wyzywaliśmy. Stare dzieje, chłopak myślał, że jak ma koszulę lidera na plecach to mu wszystko wolno.

sobota, 22 lipca 2006

Mamy już odpowiedź

...na nurtujące nas od trzech tygodni pytanie. Floyd Landis - myślę, że zasłużenie powiedzmy to sobie wygrał. Ale tylko dlatego, że w tak wielkim stylu "wrócił" do walki o zwycięstwo w momencie gdy jak się wydawało już się nie będzie liczyć. "Leo" mówił, że taki numer jak Landis zrobił to on widział praz czwarty w swej karierze. Pantani na TdF pod Galibier jak dobrze pamiętam, potem Vandenbrucke w 1999 roku na etapie Vuelty do Avilii, Verbrugghe na Strzale Walońskiej w 2001 roku. Tak sobie dziś rozmawialiśmy, bo mieliśmy dużo czasu, przejechaliśmy 7h 20 minut treningu po górach z 4600 metrów przewyższenia i w temperaturze 36-38 stopni non stop.

Przegrana Carlosa Sastre jest zasługą tak świetnego (jak większość uważa) dyrektora jakim jest Bjarne Riis. Pierwsza rzecz to nie można pewnym ludziom pozwolić na powrót do "generalki", bo o ile sprawa ta (czyli odjazd Pereiro na 30 minut) w sposób bezpośredni dotyczyła Phonaku to tak samo powinna interesować i CSC. Dać 10-15 minut można, ale nie 30 komuś kto zawsze jest bardzo mocny w trzecim tygodniu Tour de France i kto juz kończył ten wyścig w czołowej "10". Jakby ta nauczka nikomu a w pierwszym rzędzie Riisowi nie wystarczyła w przypadku Landisa zrobili to samo. O'k zgadzam się że sposób w jaki odjechał nie podlega dyskusji że był on mocny, ale jest cała drużyna do pracy, wykończ ją całą, ale nie daj Landisowi odjechać na więcej niż 4-5 minut. Ja tak to widzę. Dziwne są niektóre sytuacje, ale przez to TdF w końcu był dużo ciekawszy.

Damiano ... chapeau! Słyszałem się z nim parę dni temu i był cholernie zadowolony ze swojego Touru. W przyszłym tygodniu będzie na tydzień tutaj w Versilii to będziemy razem trenować a i od razu mówił że się gdzieś razem na kolacje w spokoju wybierzemy. Ja jeżdżę spokojnie, dzień lepiej, dzień gorzej. Dużo pracy, ciężkiej głównie przez temperaturę, która nie ułatwia sprawy przy wielogodzinnym siedzeniu na siodełku. Tu sprawa dość delikatna powiedzmy bo ważne jest żeby się nie wykończyć trenując zbyt wiele w gorącu po górach. Jak na razie większego zmęczenia właściwie nie odczuwam.

sobota, 10 czerwca 2006

Cóż, dziś nie poszło

Głowa chciała, ale organizm już nie dał rady. Tempo bardzo wysokie od startu, Nie czułem się najgorzej i myślałem że nie będę miał dziś większych problemów. Niestety nie dałem rady. Mimo wszystko muszę być zadowolony z całego Dauphine. Ścigam się od dwóch miesięcy non stop a i tak pod Mont Ventoux stać mnie jeszcze było na pierwsza 15-tkę.

Umawiałem się dziś nawet na atak z moim dobrym kolegą Oscarem Sevillą. Potem jednak jak podjechał do mnie w połowie Col de la Croix de Fer zapytać jak się czuję to mu powiedziałem, że kiepsko i nigdzie nie jadę. Fakt na 3 kilometry przed szczytem "odbiły mi korby" i więcej nie doszedłem już do czołówki. Ja jednak nie mam powodów do zmartwień, ale co niektórzy, biorąc pod uwagę bliskość Tour de France myślę ze nie maja głowy spokojnej. Na przykład Landis jak dziś odbijał to widziałem że ledwo jechał i z pewnością nie było to taktyczne zagranie!

Wczoraj natomiast było super, powiem nawet, że lepiej niż dzień wcześniej pod Mont Ventoux. Puściłem na kilka sekund najlepszych pod Izoard, ale na mecie i tak miałem poniżej 2 minut straty. Leo powiedział, że powinienem więcej jeździć tak jak na czwartym etapie tzn. próbować atakować, że było super. Teraz już tylko 130 kilometrów do wakacji. Jak pisałem będę miał tydzień bez roweru i potem spokojny powrót do kondycji. Maszyną nie jestem i odczuwam już bardzo te praktycznie 40 startów pod rząd. Sevilla też zauważył, że w tym roku jadę muchas carreras i wszystkie mocno "na fulla".

czwartek, 8 czerwca 2006

Mont Ventoux!

Żeby tylko nie wyszło, że narzekam wkoło jak większość moich kolegów kolarzy, a potem nogą kręcę całkiem nieźle. To nie tak, ale dziś od rana czułem się bardzo dobrze i sam zresztą mówiłem Leo na początku podjazdu, że jak tylko się trochę rozjadą to ja skoczę. Powinienem to zrobić zaraz za Sewillą, ale byłem tyci z tyłu. Potem jakoś tez się noga kręciła i wybroniłem się bardzo dobrze. Lubię takie podjazdy tzn. nie za ciężkie, długie z selekcją od tyłu - typowe dla Tour de France. Zaskoczyłem się, że dużo z ochotników do wygrania Touru było dziś raczej z tyłu, no ale do tego wyścigu jest jeszcze dużo czasu. Kto odpoczywał po pierwszej części sezonu to dopiero zaczyna nabierać rytmu wyścigowego.

Cały dzień raczej spokojny o ile tak można powiedzieć, bo tutaj we Francji nigdy raczej nie jedzie cala grupa tylko wciąż pojedynczo, jeden za drugim. Miałem chwilę, żeby porozmawiać z "Rybą", Popowiczem z którym prawie dwa lata się nie widziałem i z Valverde, który od Murcii sam do mnie podjeżdża i zagaduje. Jarosław mówił, że nie wie jak będzie na TdF, a liderem u nich zostanie ten kto będzie w najlepszej formie po pierwszych podjazdach. W międzyczasie (rok temu) się ożenił, a teraz tzn. po TdF weźmie jeszcze ślub kościelny.

Kolejne dwa etapy też będą ciężkie. Ja będę jechał z dnia na dzień. Dziś czułem się dobrze, ale nie zapominam że pierwsze dwa etapy ledwo z grupą pod hopki wytrzymałem. Piotr Mazur mówił, że jest już bardzo zmęczony i ciężko mu się jedzie, bo nie zregenerował się po Giro. Jest młody i tak ciężkie Giro na pewno przez jakiś czas będzie odczuwał, ale przyda mu się to w przyszłości, już w przyszłym roku.

wtorek, 6 czerwca 2006

To mój pierwszy start we Francji

...w karierze profesjonalnej. Wrażenia? Brzydkie drogi, ciągły wiatr, pełno rond na drodze, warunki zakwaterowania tragiczne (z tego słynie Tour de France) a o jedzeniu nie wspomnę. Wczoraj wydawało nam się, że jesteśmy w szpitalu. makaron podgrzany w mikrofalówce był tak rozgotowany że można go było łyżką jak pure ziemniaczane nakładać, a na drugie danie kawałki kurczaka w wodzie gotowane i na deser mus jabłkowy.

Kaszel mnie męczy i nie ułatwia ścigania a do tego i noga już nie ta co wcześniej, ale to normalne. Uspokajam się: Trentino, 3 dni później Romandia, 5 dni po niej Giro i teraz po 6 dniach znów wyścig. Tu pod górę tempo mają takie jak na Tour de Romandie, ale ja już niestety nie daje rady w takim rytmie kręcić. Nie czuje się tak bardzo zmęczony, ale już nie ta świeżość i siły. Jutro odpocznę tzn. pojadę jak na Giro czyli mocno, ale bez wychodzenia ponad próg tlenowy.

A od czwartku zobaczymy. Będę chciał spróbować, ale proszę mi uwierzyć jakie męczarnie głównie psychiczne przechodzę skoro jeszcze nie tak dawno z najlepszymi pod górę jechałem a teraz pod mały podjazd mecze się jak jeszcze 80 ludzi zostaje. Przejadę ten wyścig, niewiele mi to da, ale potem będę mógł spokojnie odpocząć i przygotować się dobrze do drugiej części sezonu - to jest to o czym wciąż myślę.

piątek, 2 czerwca 2006

Ciężki to był tydzień

...bo po nocach przyszło mi się ścigać. Dziś jedynie czasówka pod górę w dzień. Nie było źle. Starałem się pojechać mocno, ale wiadomo że do takich wyścigów podchodzi się raczej na luzie bez żadnej rozgrzewki itp. Do tego wszystkiego rozchorowałem się i prawie mówić nie mogę. Zaczyna mi się kaszel. Nie wiem po co jadę na Dauphine Libere, bo może się to źle dla mojego zdrowia skończyć jeśli się w ciągu dwóch dni nie pozbieram. Zmęczenie duże a do tego jeszcze ta choroba.

Myślami jestem już na wakacjach, a raczej po nich bo żyje już drugą częścią sezonu. Pierwsza była super. Za pośrednictwem Daniela dowiedziałem się, że w starej klasyfikacji UCI za ten sezon byłbym 86., a generalnie 135. To nieźle, bo nigdy dotąd w "300" nie wchodziłem, a tu tymczasem jestem tak blisko zawsze upragnionej "setki". Po wakacjach moimi celami będą Portugalia i raczej Vuelta. Doszedłem już do porozumienia w sprawie przyszłego roku i na 99% przedłużę kontrakt z Lampre ... ale podpisu jeszcze nie ma. Przyznam że było kilka ekip z Pro Touru, które się o mnie pytały i były zainteresowane podpisaniem kontraktu, ale myślę że najlepiej będzie mi jeszcze zostać tutaj. Po Dauphine odpoczywam czyli tydzień bez roweru, potem siłownia i trochę roweru, a od pierwszych dni lipca ciężka, bardzo ciężka praca.

sobota, 27 maja 2006

Ach te dojazdy

Dobrze że jestem na tyle mobilny, iż nawet w naszym autobusie mogę się z netem połączyć. Ach te dojazdy. Wczoraj siadałem do kolacji o 22.15. Wysłałem sms do jednego z organizatorów z "gratulacjami". Dziś mi powiedział, że wiedzą o tych problemach ... i co z tego? Basso mówił, że wczoraj dojechał do hotelu o 22.45!

E va bene. Wczoraj było ciężko, bardzo ciężko. Strzeliłem na 10 kilometrów przed metą i dalej już jechałem spokojnie oszczędzając siły na dzisiaj. A dziś czułem się bardzo dobrze. Próbowałem odjechać i dziś przed przełęczą Tonale ale nic akurat nie poszło. Szkoda wczorajszego dnia, bo byliśmy tak blisko zwycięstwa. Uważam, że Voigt na mecie pokazał klasę - Signore!

Wracając do dnia dzisiejszego Gavię wjechałem z grupką Basso czyli wśród około 20 kolarzy. Było o'k, ale później jednak na Mortirolo ze swoimi sztywnymi kawałkami trochę mi podcięło nogi. Koniec końców myślę, że źle nie było. W ekipie atmosfera w porządku. Muszę powiedzieć, że Damiano się pozbierał. Czwarte miejsce w generalce w pełni zasłużone i właściwe dla Giro jakie pojechał.

Nie będę komentował tego co się na mecie wydarzyło. Simoni mówi, że Basso powiedział żeby on zjeżdżał powoli z Mortirolo i na niego czekał, a potem ten go zerwał na 2 kilometry do mety. Basso mówi, że powiedział tylko ze nie ma co ryzykować na tym zjeździe. Natomiast Riis stwierdził, że nie miał zamiaru nikomu więcej prezentów robić.

Nie czuje się w chwili obecnej zmęczony. W następnym tygodniu pojadę trzy kryteria i będę się starał uregulować sprawy kontraktowe. Dziękuję wszystkim bardzo za kibicowanie mi przez te długie trzy tygodnie. Nie udało mi się znów trafić dobrze z formą, ale jedyna rzecz pozytywna z tego wszystkiego jest taka, że przez całe dwa miesiące na wyścigach pod górę zawsze byłem z najlepszymi. Dzięki wielkie.

czwartek, 25 maja 2006

Dziś i ja próbowałem odjechać

...pod pierwszą premię górską, ale nie poszło, zaś Marzio już wtedy był z przodu. Szkoda że nie wygrał, bo potrzebne jest zwycięstwo naszej ekipie. Życzę sobie aby następne dwa dni były dla mnie łatwiejsze. Teoretycznie powinny, ale zobaczymy. Wiem, że mam dużo kibiców, którzy mnie szukają w peletonie i patrzą gdzie przyjeżdżam. Mam nadzieję, że nie jeden młody kolarz oglądając Giro uwierzy w siebie i poświęci się tej trudnej dyscyplinie sportu - pełnej wyrzeczeń i samozaparcia. Do jutra, miłego oglądania!

środa, 24 maja 2006

Stary "Leo" no proszę!

Stary "Leo" no proszę! Teraz jednak coraz mniej mi się to zaczyna podobać, bo razem trenujemy od sześciu lat a jak przychodzi do wygrywania to on sam ;-) Przejechanie etapu jaki miał być było raczej niemożliwe. Śnieg z deszczem i zimno. W górę można jeszcze jechać, ale w dół? Koniec końców mieliśmy jeden podjazd. Nie meczę się już, bo organizm nie jest w stanie zmusić się do wysiłku. Na więcej już mnie nie stać. Tak jest jak kondycji zaczyna brakować. Strasznie mi szkoda, że nie mam już tej nogi co miesiąc temu.

Mówię do Saronniego, że zaczyna mi sił brakować, a on odpowiada, że już chyba czas najwyższy. Powiedzmy, ale nie lubię tak. Leo mówił że jak wczoraj "strzeliłem" od pierwszej grupki to powinienem stracić minimum 10 minut. I tu proszę kibiców o zrozumienie. To mam na myśli mówiąc, że nie interesuje mnie generalka. Nie po to tu jestem tzn. nie mogę na Giro próbować jechać swojego wyścigu tj. "zaginać się" w momencie jak nie jestem z najlepszymi, bo później jak będzie mnie potrzeba może mi zabraknąć sił.

Będę próbował natomiast zabrać się w jakiś odjazd. Jak już pisałem w ciągu najbliższych trzech dni. Teraz z formą jaką prezentuje Damiano to nie potrzebuje już on za dużo kolarzy wokół siebie, a będąc w odjeździe zawsze jest "ryzyko" wygrania etapu. Myślę, że kiedyś będę miał szansę tak do końca pojechać swoją generalkę na Giro, ale przygotowując się tak jak w tym roku Leo tzn. nie martwiąc się i nie stresując żadnymi innymi wyścigami po drodze, a myśląc tylko o tym jednym.

wtorek, 23 maja 2006

Tym razem czapka z głowy przed Basso

Ten chłopak nawet nie oddycha. Po tym jak się dziś czułem spodziewałem się, że pojadę lepiej. Kosztowało mnie dużo sił dojście do przodu na początku podjazdu, który znów zaczęto mocno i potem już się noga nie kręciła. Nie czuje już silnej nogi i męczę się dużo szybciej. Widać, że kondycja powoli odchodzi. Jak odpuściłem pierwszą grupkę na jakieś 9 kilometrów przed metą to pojechałem resztę w miarę równo i mocno ale bez dobijania nogi, nie męcząc się więcej. Czekają nas bowiem jeszcze cztery długie dni.

Najpewniej w czwartek albo jeszcze lepiej w piątek lub sobotę będę chciał spróbować złapać się w odjazd. Lekko nie będzie, ale będę się starał. Co do Damiano sam nie wiem co napisać, coś jest nie tak i niewiele więcej mogę powiedzieć. Za to "Leo" znów wielki. Przygotował się na 100% na Giro tak jak sobie zaplanował - pełen profesjonalizm. Jutrzejszy finisz to nieporozumienie. Jak tak chcemy wyścigi rozgrywać to i dziś obok drogi był szlak narciarski i mogliśmy nim w górę pojechać. Czemu to ma służyć to sam nie wiem. Tym bardziej, że dziś w nocy ma padać deszcz i jutro w czasie wyścigu również! Zobaczymy co z tego będzie.

poniedziałek, 22 maja 2006

Wczoraj byłem trochę zmęczony

...psychicznie i fizycznie. Ciężko mi się jechało, dobrze więc że w sumie był to spokojny dzień. Próbowałem zabrać się w odjazd, ale coś CSC niechętne było puścić i efektem tego przez 25 z 29 kilometrów podjazdu pod San Bernard było bardzo duże tempo. Dopiero na krótko przed szczytem oderwała się grupka, która do dojechała do mety. Oczywiście nie ma dla nas już problemu w ekipie by zabierać się w odjazdy. Kto może niech jedzie w odjazd, trzeba próbować wygrać etap. Nie wiem czy nie będzie mi lepiej oszczędzić się na którymś z najbliższych etapów jak bym widział, że nie idzie i dzień później próbować odjazdu z daleka. Jutro raczej nie, bo nie ma większych gór przed Monte Bondone tak więc dużo łatwiej jakiejś grupie będzie kontrolować wyścig.

Spróbuję pojechać ten wyścig z najlepszymi, a dopiero jakbym się nie czuł najlepiej to odpuszczę. Proszę zrozumieć że miejsce w czołowej "20" w "generalce" również mi sprawia przyjemność, ale koniec końców nie jest to żaden wynik a i nie po to tu jestem żebym swój wyścig jechał. Zobaczymy nie chcę znów przejechać kolejnego Wielkiego Touru walcząc gdzieś tam w tle. Chociaż przyznam, że jak na razie pod górę nie było źle. Wczoraj w TV mówili o "Savo", że jest bardzo mocny ze zjazdu, mocny na czas i pod górę. Tymczasem jak na razie zawsze byłem obok niego na najważniejszych szczytach (Lanciano i San Carlo) a on jest trzeci w "generalce"!

sobota, 20 maja 2006

Czapki z głów

Cieszę się tak jakbym to ja wygrał. W końcu to mój profesor, ten od którego nauczyłem się i wciąż uczę kolarstwa zawodowego. Tego jak pracować a często też jak podejmować właściwe decyzje nie tylko na rowerze. Nie ukrywam, że w ciągu ostatnich sześciu lat właśnie z nim spędziłem najwięcej czasu. I dobrze. Z drugiej strony sam nie wiem. Jak puściłem to chwilę później puścił i Damiano a miał być w czołówce i atakować. Na szczycie byłem z Danilo i "Savo", ale ze zjazdu nie wiedziałem już gdzie jestem i co robię. Było tak zimno, że aż bolało. Nie pamiętam kiedy ostatni raz coś takiego przechodziłem.

Noga nie była zła, ale na to by jechać z pierwszymi nie stać mnie - już albo jeszcze. Spodziewałem się nawet, że będzie gorzej bo ostatnie dwa dni nie czułem się dobrze. A "Leo" jak mu powiedziałem, że na podjeździe będzie padać (wiedzieliśmy to już 100 kilometrów wcześniej, bo był tam nasz masażysta) powiedział, że nie pójdzie mu na pewno bo w deszczu nigdy jemu nie idzie.

piątek, 19 maja 2006

Dziś było szybko

...tzn. duże tempo cały dzień a do tego parno. Ciężko mi się oddychało, małe problemy z alergią. Jak przejeżdżaliśmy w okolicy Montignoso na "lungomare" (bulwarze nadmorskim) było dużo ludzi, którzy mi kibicowali. Widziałem nawet trzy duże napisy na moja cześć. Było mi bardzo miło. Odjazd pojechał od razu, praktycznie od startu. Tym samym: Emanuele Sella i Manuel Beltran weszli do czołówki "generalki". Widziałem w telewizji kraksę Selli i Moriego. Mamma, che botta. Nieporozumienie - czy ktoś z organizatorów zastanawiał się co by było jakby dziś padał jeszcze deszcz? Co by się wtedy działo? U nas spokój w ekipie. Jutro zobaczymy jak to wszystko będzie wyglądać. Wszystkie góry i najcięższe etapy jeszcze przed nami.

czwartek, 18 maja 2006

I już po czasówce

...czyli najgorszym etapie dla Damiano oraz wielu innych liderów. Chyba morale nie będzie dziś przy kolacji zbyt wysokie. Tym bardziej musimy teraz atakować. Ja pojechałem z zegarkiem w ręku - medio, a więc raczej spokój. Chociaż pierwsze 30 kilometrów męczyłem się mocno pod wiatr, było ciężko. Jutro przejeżdżamy koło mojego domu, a końcówka etapu będzie dość wymagająca. Myślę, że do mety dojedzie odjazd. Ciężko mi mówić o taktyce na następne dni, ale jedno jest pewne: z Basso będzie bardzo trudno wygrać.

środa, 17 maja 2006

"Ryba" mnie zostawił

Cóż szkoda ale jak sam mówił jeśli miał się tak męczyć i dożynki sobie robić to błoto dla niego najlepsze wyjście. Dziesięć dni tu jednak przejechał. Teraz potrenuje w domu i przygotuje się dobrze do Dauphine Libere. Jak mówi to jego wyścig bo na nim osiągał swoje największe swoje sukcesy. Oby i w tym roku.

Wczoraj trochę ciągnęliśmy. Sam czasem niewiele rozumiem z naszej taktyki, ale powiedzmy że ufam tym którzy o niej decydują. Bez zbędnych komentarzy. Z drugiej strony powinien ktoś przeskoczyć do odjazdu jak to zrobił "Pelli" pod pierwszy podjazd. Moglem to być ja, wszak nie czuję się źle. Powinienem to być ja lub ktoś tego typu jak Tadej czy "Tira" lub Patxi. Mniejsza o to nikt do nikogo pretensji nie miał, ale czasem samemu trzeba podejmować decyzje na wyścigu.

Jutro jadę spokojnie, "medio" powiedzmy. Dziś była dwugodzinna przejażdżka w okolicach mojego domu. Wykorzystałem też dzisiejszy dzień na wizytę u osteopaty żeby mi odblokował zablokowane plecy. Czuje się teraz dużo lepiej.

poniedziałek, 15 maja 2006

Dziś nie było tak płasko

...i dla sprinterów jak się spodziewaliśmy. W końcówce się męczyłem, troszkę bolały mnie nogi. To właściwie mój odwieczny problem z plecami skąd potem ból przechodzi na nogi. O samym wyścigu niewiele mogę powiedzieć. Damiano przed metą poczuł się na tyle dobrze żeby finiszować a potem już nie chciał. Tyle w dużym skrócie. Chłopaki pracowali a ja się tym nie przejmowałem. Śmiali się potem przy kolacji ze mnie, że w ogóle nie widzieli mnie dzisiaj. Wczoraj "Leo" mówił, że czuł się znakomicie i kto uważnie ten etap oglądał musi mi przyznać rację, że pewnie Piepoli przyjechałby z Basso. Jutro meta pod krótki, ale ciężki podjazd. Na nim czekają nas zakręty, przepychanie, walka o pozycje. Wszystko to co "lubię" i sprawia że mogę zebrać kolejne sekundy do swego bagażu strat.

niedziela, 14 maja 2006

Etap był szybki

...bo po pierwsze jechaliśmy z wiatrem, a po drugie wszyscy od startu przez półtorej godziny koniecznie chcieli odjechać, a nikomu się to nie udawało. Podjazd na metę był jedynym w dniu dzisiejszym. Początek bardzo sztywny i tam właśnie zapłaciłem trochę za zmianę rytmu (tzn. na płaskim jechaliśmy 60 km/h, a tymczasem początek podjazdu miał nawet 13 %) tracąc kontakt ze ścisłą czołówką. Potem już było w porządku. Czułem się bardzo dobrze ale dojść do czuba nawet nie próbowałem widząc że jechali ze mną kolarze groźni dla Cunego m.in. Emanuele Sella i Paolo Savoldelli. Damiano po tym etapie jest trochę spokojniejszy, bo pojechał lepiej niż "Gibo" i "Savo"". Strzelił co prawda z koła Basso, ale "Martino" mówi, że jest bardzo dobrze i ja też tak myślę. Dziś "Leo" (Piepoli) był przede mną ... co za porażka ;-)

Śmiałem się wczoraj z "Rybą" że mieliśmy polski akcent na tym Giro, bo Polak (Olaf Pollack) był liderem! Czasem jak mamy chwilę i rozmawiamy to "Ryba" opowiada mi o latach w których był "kanibalem" na polskich szosach. Wtedy wygrywał i był zdecydowanie jednym z najmocniejszych. Z tych opowieści dowiedziałem się, że dwa razy był drugi w Wyścigu Pokoju, w tym raz za Pavlem Padrnosem. To co dla niego jest powodem do dumy, dla mnie stało się powodem do śmiechu i zgryźliwości i teraz za każdym razem jak mam okazje to dokuczam Darkowi, że przegrał Wyścig Pokoju z takim "klocem" jak Padrnos. On Baranowski, który wszystko wygrywał w Polsce a później walczył z najlepszymi na Tour de France. Z przekąsem wtedy mówię, że wolałbym w ogóle nie wystartować w takim wyścigu niż być drugi za Padrnosem! Wszystko oczywiście w żartach, bo jestem pełen szacunku dla obydwu panów i wyników przez nich osiągniętych.

sobota, 13 maja 2006

Wszyscy widzieli jak nam poszło

Właściwie to był zbyt długi etap ażeby o nim dokładnie opowiedzieć. Na szczęście wszyscy jesteśmy ludźmi i poza pierwszymi skokami przez następne prawie 100 kilometrów jechaliśmy raczej spokojnie. Później odjechało 30 kolarzy (w tym trzech od nas), ale większość z nich "wróciła" do nas pod Monte Catria ok 140 km etapu. Wszyscy widzieli jak nam poszło. Ciągnąc na ostatnich 30 km ryzykowaliśmy, że przegramy etap oraz że nie weźmiemy koszuli lidera co było osiągalne, bo "Patxi" Vila był najwyżej sklasyfikowany spośród uciekinierów. Ryzykowaliśmy i przegraliśmy. Damiano czuł się dobrze, ale na finiszu sił mu zabraklo. Taki jest sport. Było trochę nerwówki po etapie o tą decyzję i przegrany etap bo po 240 km wszyscy byli zmęczeni. Ja też ale normalnie, nie jakoś wykończony. Pod górę czułem się dobrze, ale trzeba też powiedzieć, że tempo nie było tam duże. Jutro meta pod górę. Od razu będzie ciekawiej. Tu właśnie się zobaczy jak się mają pretendenci do końcowego zwycięstwa. Podjazd znam. Jest ciężki. Prawdziwy podjazd, bez większych wypłaszczeń. Potrzebna jest na nim dobra noga i tyle.

piątek, 12 maja 2006

Dziś było tak jak sobie tego życzyłem czyli spokojnie

... bez najmniejszych trudności. Dużo mogłem dzięki temu porozmawiać z "Leo" i "Rybą". To dobrze bo to pewnie były ostatnie chwile na takie przyjemności. Od jutra będzie już inna jazda. A co jutra, ktoś od nas ma pójść w odjazd (ale ja nie), zaś później podejmiemy próbę selekcji. Zobaczymy jak będzie, ale na pewno nie zamierzamy biernie jechać, to już wiem.

Mamy naprawdę niesamowitą ekipę, w tym zaplecze. Gdy wracamy po etapie do autobusu jest od razu prysznic, a w przypadku gdy jest więcej niż godzina dojazdu do hotelu to czeka na nas przygotowanych 9 podpisanych pojemniczków z gotowanymi ziemniakami, 9 butelek z płynem regenerującym. Potem w hotelu znajdujemy jeszcze owoce, płatki, jogurty, mleko, bułki z szynką lub serem. Naszym masażystom albo mechanikom nic nie trzeba mówić. Właśnie dostałem też nowy rower, cały karbonowy. Na Giro używam też koła całe karbonowe, dziś o profilu wysokim, ale to tak wyjątkowo na moją prośbę. Dużo bardziej jednak wolę niskie obręcze karbonowe i na takich pojadę jutro.

czwartek, 11 maja 2006

Hola

Nie spodziewałem się aż takiej straty do CSC. Zaskoczyli mnie i to bardzo. Jak mówili po etapie Saronni i "Martino" spodziewali się raczej straty max. 30-40 sekund. "Martino" jest teraz trochę zaniepokojony na myśl o 50-kilometrowej czasówce w Pontederze. No cóż nie kręciliśmy dziś tj. nie pojechaliśmy tak jak mogliśmy. Ciężko teraz szukać odpowiedzi gdzie straciliśmy, co było nie tak, czy ktoś może nie pojechał tak jak powinien i jak tego oczekiwaliśmy, ale tak bywa. Marzio mówi, że schrzaniliśmy wszystko na pierwszych 10 kilometrach i coś w tym jest. Za często zdarzał się ktoś kto obniżał prędkość i zamiast dawać krótkie zmiany przeciągał je, powodując tym samym to że potem trzeba było znów nabierać prędkości.

Jeśli chodzi o mnie myślę, że pojechałem dobrze. Żadnych problemów, jak pisałem starałem się podtrzymywać głównie to tempo co Marzio narzucił. Nie wiem co dalej myśleć. Damiano po etapie był podenerwowany. Wracałem z nim do hotelu i starałem się uspokoić bo jakby nie spojrzeć prawdziwe Giro musi się dopiero zacząć. Właśnie - trzeba spokoju i koncentracji. Nie czuje się zmęczony, ani trochę. Jutro mam nadzieje, że etap będzie spokojnym przejazdem na trasie start-meta, oby! A od soboty ...

środa, 10 maja 2006

Nareszcie jesteśmy w Italii

Wczorajszy etap był spokojny. Starałem się te belgijskie etapy przejechać z jak najmniejszym wydatkiem energetycznym i myślę, że mi się udało. Nie czuje się zmęczony, żadnych problemów, bólu nóg.. A nie przepraszam boli mnie i to mocno prawa dłoń. Wpadłem w dziurę na trzecim etapie i uderzyłem w kierownicę dosyć mocno tak że nawet siniak mi się wczoraj pojawił. Dlatego też wczoraj jechałem w podwójnej rękawiczce żeby trochę zamortyzować. Ale jest już lepiej.

Na lotnisku mieliśmy dużą kolacje dla 400 osób, a potem miałem trochę czasu żeby pośmiać się z "Rybą", Piotrkiem Mazurem i "Blachem" czekając na odlot samolotu. Właśnie tu mała ciekawostka, bo na Giro jest więcej masażystów Polaków niż kolarzy z naszego kraju. Dwóch w Gerolsteiner czyli Blachu (S. Błaszczyk) i Jachu (D. Kapidura) obydwaj pochodzący z Torunia. Poza tym Tomasz Streich w Bouygues Telecom i Ryszard Kiełpiński w Discovery Channel.

W naszej ekipie atmosfera jest dobra. Dziś przejechaliśmy trasę drużynówki i powiem że jest szybka, nie trzeba będzie na niej wiele hamować i tylko mocno pedałować. Ja jak zawsze w tego typu próbach skoncentruje się na tym żeby podtrzymywać nadane tempo czyli nie bez zwalniać. Motorem nie będę, to pewne. Bruseghin ponad wszystkich jako pierwsza noga w ekipie. Dalej Stangelj, Pietrow i Vila. Możemy powalczyć i na pewno powalczymy. Discovery, T-Mobile, Gerolsteiner i Team CSC to oczywiście drużyny, które będą walczyć o zwycięstwo, ale znów nie będzie tak jak ponoć powiedział Basso tj. że dadzą nam aż 2 minuty! Wszystko się rozstrzygnie jutro wieczorem.

poniedziałek, 8 maja 2006

Nie mam dziś ochoty rozpisywać się

To był ciężki dzień, po etapie czekał nas jeszcze trwający ponad godzinę dojazd do hotelu. Trzeba było też przeprać rzeczy bo inaczej w pralce nie wypiorą się po całym dniu deszczu. Potem masaż i na kolację dopiero po 21-wszej. A jutro etap startuje trochę wcześniej. Natomiast o 21.30 mamy samolot do Italii. Nareszcie. W autobusie po dzisiejszym etapie słyszałem tylko przekleństwa na Belgię, tutejszą pogodę i beznadziejne drogi. Etap jak to etap z taką końcówką był stres, upadki, walka o pozycje, ale mnie to akurat nie dotyczyło bo zacząłem finałowy podjazd raczej z tyłu.

niedziela, 7 maja 2006

Dzisiaj mieliśmy spokój

Choć szkoda, że padał deszcz i to prawie cały dzien. Jak tu jesteśmy to były cztery dni słońca letniego, ale akurat dziś musiało padać. Etap przebiegał spokojnie, więc miałem chwilę na to żeby porozmawiać z Piotrem Mazurem i przede wszystkim z "Rybą". Długo się nie widzieliśmy. Mówił, że czuje się nieswojo w grupie, tak jakby pierwszy w ogóle pierwszy wyścig jechał. A poza tym porozmawialiśmy sobie o nowych płytkach i wrażeniach z koncertu Depeche Mode, ale to u nas norma i temat woda. Jutro będzie nerwówka przed meta, bo czeka nas krotki podjazd z mnóstwem zakrętów i do tego po kostce.

sobota, 6 maja 2006

I zaczęło się

Czas już na to był najwyższy. Teraz to prawie z górki ;-) Przynajmniej wiem na czym mam się skoncentrować. Nadeszła chwila, okres na który większość z nas czekała od miesięcy czyli wyścig, którym żyliśmy i do którego się przygotowaliśmy. Mój prolog był o'k. Dobrze się czułem, noga pod górę była dobra. Ale "Savo" to dziś przesadził. Będzie ciężko z tym chłopakiem walczyć przez 20 dni jeśli mu tylko zdrowie dopisze. Nie zapominajmy też o innych faworytach, którzy w większości pojechali na podobnym poziomie. Jutro spodziewamy się finiszu z peletonu.

piątek, 5 maja 2006

Dziś mieliśmy 100 kilometrów spokojnego treningu

Nikomu nic nie dolega. Nikt na nic nie narzeka. "Forna" czyli Paolo Fornaciari jak zawsze podtrzymuje dobry humor w całej ekipie. Jutro zacznę więc piąte z kolei Giro d'Italia. Ale ten czas leci, ciężko mi uwierzyć. Jestem spokojny, czuje się dobrze. Pewnie, że jest trochę podenerwowania, presji. Wiem że tak jak od Damiano tak i od każdego z nas, w tym ode mnie będzie się wymagać abym dał z siebie wszystko i zrobił swoją pracę jak najlepiej potrafię. Samo to, że tu jestem oznacza, że należę do dziewięciu najlepiej na dzień dzisiejszy przygotowanych zawodników Lampre. Czyli "ktoś" mi znowu zaufał. Mówię w ten sposób bo chce uświadomić przeciętnemu kibicowi jak ważny dla naszej ekipy jest ten wyścig.

czwartek, 4 maja 2006

Od wczoraj rana jestem w Belgii

Przez trzy kolejne dni po Romandii trenowałem mało, czyli raczej odpoczywałem. Ani razu nie przekroczyłem objętości 2 godzin na rowerze. Wczoraj nawet pokręciliśmy tylko słabą godzinkę. Dziś, już całą ekipą pojechaliśmy do Liege przejechać trasę prologu (I etapu). Spędziliśmy niecałe 4 godziny na rowerze. Prolog uważam za wymagający, a krótko ujmując prowadzi on najpierw pod górę, a potem z góry i tylko tyle. Początkowo nawet myślałem by nie używać roweru czasowego, ale sam podjazd w większości jest jednak stosunkowo łatwy. W Belgii jest ciepło, bo tak na treningu jak i również i wieczorem gdy jechaliśmy na prezentację było ponad 25 stopni. Prezentacja to było nieporozumienie. Giro to jednak Giro, a tu mało ludzi, znikome zainteresowanie chociaż była ona zorganizowana w centrum Liege tj. w miejscu skąd startuje klasyk Liege - Bastogne - Liege czyli wyścig na starcie, którego widziałem zawsze dużo, bardzo dużo ludzi. Wieczorem "Martino" zrobił odprawę i powiem jedno. On uważa, że jesteśmy mocni, najmocniejsi jako drużyna i ja się z nim zgadzam. Nasza siłą jest jedność i chęć osiągnięcia jednego i tego samego dla wszystkich celu!

poniedziałek, 1 maja 2006

Mam dwa dni w plecy z relacjami

Wszyscy wiemy jak się skończyła Romandia. Moje krótkie podsumowanie. Wczoraj po czasówce nie byłem zadowolony, ale jak dziś rano popatrzyłem na czasy tego etapu to przyznam że jestem bardzo zadowolony. Może nie czułem się wyśmienicie, ale strata nie jest duża. Poniżej minuty do trójki z Liberty Seguros, tylko 36sekund do Valverde. Tak czy inaczej z Dario Cionim czy Chrisem Hornerem byłoby mi ciężko nawiązać walkę. Tak więc ostatecznie jestem zadowolony z tej czasowi, choć nie lubię prób czasowych tego typu czyli: 10 kilometrów zjazdu na przełożeniu 54x11 non stop, 5 km płaskiego i 5 km pod górę. Te ostatnie 5 km jakoś mi się jechało, ale reszta to była męczarnia nie do zniesienia. Jechałem w zasadzie samymi ambicjami. Przyznam, że jestem zaskoczony rozstrzygnięciem wyścigu i zwycięstwem Cadela Evansa. Obstawiałem twardo Valverde. Myślałem że nikt mu nie odbierze zwycięstwa w momencie jak zmniejszył swą stratę do Contadora do ledwie 6 sekund. A jednak wyszło inaczej - taki jest ten sport.

Dzień wcześniej ten najcięższy etap według mnie zrobił się stosunkowo prostym co wcale mnie nie ucieszyło. Po pierwszym, najcięższym podjeździe praktycznie wszystko znów się zeszło, a pod drugi podjazd Liberty Seguros nadawało tak wolne tempo że nikt nie strzelił. Oczywiście było to w ich interesie, chcieli mieć jak najwięcej zawodników do ostatniego podjazdu. A i ten do Crans Montana zaczęliśmy stosunkowo wolno i dopiero jak zaczął ciągnąć Horner coś się ruszyło. Potem ataki Valverde i znów duże tempo Rodrigueza spowodowały że zostało nas tylko sześciu na szczycie i tak byłoby ok. Niestety zwolniliśmy i doszli nas moi najwięksi przeciwnicy do miejsca w czołowej "10" czyli: Cioni, Horner, Moos i Noe. Kto oglądał ten widział, że nie byłem w stanie bezpośrednio odpowiadać na zmiany rytmu, ataki, skoki a nadrabiałem spokojnym dochodzeniem. Taka moja charakterystyka tzn. w tempie jadę dobrze, ale skoki mnie penalizują. Czułem się dobrze, więc na finiszu spróbowałem swych sił w roli sprintera i też nie było źle. Dobry wyścig, kolejny zakończony miejscem w "10". Teraz szkoda mi tylko luzackiego potraktowania Vuelta a Murcia bo i tam dycha była do wyjęcia. Dziękuję wszystkim za kibicowanie, miłe słowa, e-maile i sms-y w trakcie i po wyścigu oraz za teksty takie jak "viatora" na forum szosy.

piątek, 28 kwietnia 2006

Ile ja się dziś po etapie nasłuchałem

...tak dobrego jak i krytyki. Nie zmienia to faktu, że lepszego rezultatu osiągnąć nie mogłem. Jak zaatakował Alberto Contador to modliłem się tylko, żeby nie było w naszej grupce za więcej takich lwów chcących za nim pogonić i ... na szczęście nie było. Ciągnąłem trochę, próbowałem ataków ale brak mi konkretnego skoku i to powoduje że nie łatwo mi odjechać. Grunt że nie byłem bierny, szkoda że niewiele z tego wyszło. Strat dużych nie poniosłem, ale dopiero jutrzejszy etap będzie jak sądzę decydujący. Czekają nas trzy ciężkie i długie podjazdy. Nie zamierzam nic innego jak pozostać na kole najlepszych możliwie najdłużej. W gruncie rzeczy nie mogę o tym starcie powiedzieć inaczej jak tylko to, że się bardzo cieszę z tego jak mi się kręci noga. Byle tak dalej do końca maja, choć będzie ciężko. Juan Manuel Garate dziś na etapie rzucił do mnie przejazdem "Szmyd ty będziesz kapitanem na Giro"? Co to to nie, ale chcę być z przodu i na tym wyścigu.